Z Ewangelii wg św. Jana

Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz /posłanym/, aby zaświadczyć o światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.
Pewnego dnia do wsi przybył młody szlachcic. Wszyscy chłopi zdziwili się jego przybyciem. Szlachcic był wysłannikiem samego króla, który kazał oznaczyć każdego mieszkańca wsi znakiem na prawej dłoni. Wielu uważało szlachcica za szaleńca, lecz wielu też podążało za nim chcąc zostać oznaczonym i słuchać opowieści o ich miłościwym królu.
Wójt wsi wysłał do szlachcica swoich ludzi, by się dowiedzieli, kim tak naprawdę jest szlachcic i w jakim celu przybywa. Młodzieniec odpowiedział im, że jego zadaniem jest przygotowanie ludzi na przybycie króla.
Po kilku tygodniach wioska została podzielona jakby na pół. Jedną połowę stanowili ci, co uwierzyli w przybycie króla, a drugą ci, którzy w to nie uwierzyli i nie dali się oznaczyć.
W końcu nadszedł dzień, kiedy do wioski przybył wielki orszak króla. Każdy, kto przyjął na rękę królewski symbol, został nagrodzony sporym terenem pod uprawę przy samej stolicy oraz zwolniony z wszelkich podatków. Kto nie uwierzył, został pozbawiony całego majątku i stał się niewolnikiem…
Nie lubimy być zaskakiwani. Nie przepadamy za totalnymi niespodziankami. Do wielu ważnych spraw, do przybycia ważnych osobistości wolimy być przygotowani. I dlatego tak bardzo celebrujemy przybycie chociażby papieża. Zawsze mnie zadziwiało na Światowych Dniach Młodzieży czy to w Niemczech, Hiszpanii, czy wreszcie w Polsce, że potrafimy oczekiwać w napięciu dłuuugie godziny w skwarze, deszczu i ścisku, żeby gdy w szybkim tempie przemknie papa mobile stać, machać, krzyczeć i płakać ze wzruszenia…
Czyż Bóg przez swoje wcielenie nie wpisuje się również w psychologię ludzkich zachowań? Czyż nie buduje napięcia? Więcej: organizuje nawet suport i wysyła Jana Chrzciciela, który nie lansuje się, nie próbuje na nazwisku Jezusa zdobyć rzeszy fanów, nie chce zbić kapitału politycznego. Jest sobą! Przyciąga tłumy surowością, autentycznością, a jednocześnie jest świeżym powiewem Ducha Świętego, budzi z duchowego letargu. Oczywiście nie wszystkich! Dla niektórych jest postacią niewygodną. Dlatego będą go sprawdzać, szukać na niego haków, podważać…
Spróbuj w ostatnim tygodniu Adwentu uporać się z materią. Z tym, co koniecznie trzeba zrobić, żeby przygotować Święto. Jak najszybciej. Bez marudzenia i ociągania. Bez odkładania na jutro! Żebyś mógł pozwolić sobie na oczekiwanie, na reakcję, na wzruszenie, gdy On przyjdzie. Żebyś nie przeoczył tego momentu. Żeby papa mobile (bardziej osiołek) nie przejechał Ci koło nosa.
I spróbuj być sobą. Nie puszyć się, nie napinać, nie przyklejać uśmiechu nr 54. Żyć w zgodzie ze Słowem. Może właśnie w ten sposób będziesz głosem Boga mocnym i dobitnym.
 

Zobacz inne rozważania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *